sobota, 9 lutego 2019

.


O KOCIOŁKACH I RÓŻDŻKACH

majowe popołudnie, rok 1979. Irlandia.

Siwiejący, okrąglutki ksiądz uśmiechnął się jowialnie z ambony.
– Bo właśnie, moi kochani, z małżeństwem to jak z potrawką na ogniu. Czasem musi zawrzeć, a czasem pobyć na wolnym ogniu. Potrzeba jej przypraw, ale i śmietanki do zabielenia. I – co najważniejsze – składniki muszą do siebie pasować, bo nawet nasz Tim O’Malley nie zdoła takiego zakalca skonsumować.
Ludzie, zgromadzeni w maleńkim kościółku, odpowiedzieli pogodnym chichotem. O’Malley, przycupnięty w ławce tuż za rodzicami pana młodego, z oburzoną miną poklepał się po pokaźnym brzuszysku, jakby ubodła go myśl, że nie zdoła zjeść jakiejkolwiek potrawy. W pierwszym rzędzie pan młody spojrzał z rozmarzeniem na swoją wybrankę. Jego oblicze, promienne i przyozdobione subtelnym rzucikiem z prawdziwie irlandzkich piegów, nie wyrażało najmniejszych skojarzeń z gotowaniem czy tym bardziej zakalcami. Ksiądz uniósł nieco brewiarz, by zasłonić dobrotliwy uśmieszek. Młody Seth chyba wciąż jeszcze pozostawał na etapie wicia ukochanej wianków ze stokrotek i śpiewania jej (nie zawsze fałszywie) ballad i romansów. Za to jego Anna, choć w swojej bielutkiej sukni z niebieskim szlaczkiem u dołu wyglądała jak eteryczny, piaskowowłosy elfik, z pewnością tkwiła mocno w realnym świecie. W sumie – materiał na doskonałą weselną potrawę...
– Nie jest ważne, kto miesza w garnku, dopóki wam obojgu będzie smakowało tak samo. – Uśmiechnął się znad brewiarza, zyskując kolejne rozmarzone spojrzenie Setha i pogodne skinienie panny młodej. Ciągnął swoje kulinarne kazanie, starając się nie przeciągać zbytnio, gdy na gości czekały już w izbie weselnej prawdziwe potrawki i gotowe do nalewania toasty.
Seth słuchał niezbyt uważnie, kontemplując błogie ciepło lubej rączki w swojej dłoni. Oto promienie popołudniowego słońca wpadały przez miodowozłote witraże, strojąc w koronę jego żonę. Jego. Żonę. Żonę!
Anna słuchała zupełnie nieuważnie. Przez okna wpadały promienie popołudniowego słońca. W pysk mantikory, już popołudnie. Wkrótce będzie wieczór. A po wieczorze... O. W. Zębaty. Zapluty. Pysk. Mantikory. To będzie ciężka noc...
Z tyłu przyglądała jej się uważnie przyszła teściowa. Sukienka miała właściwą długość, a z matką Anny, Margaret May, matka Setha pasła kiedyś owce wujka Pata. Potrawka... Tak. Oto właściwe postawienie sprawy. Miła dziewczyna z tej Anny, a jaka piękna z nich para, aż miło, oczywiście. Byleby tylko dobrze karmiła jej Setha, bo inaczej popamięta! Tak. Wesele zapowiada się wspaniale. Miła dziewczyna, naprawdę. Tylko... Co strzeliło do głowy Margaret May, żeby posyłać ją do szkół czort wie gdzie? Teraz nie można być pewnym, czy jej co do głowy nie strzeli. Ech. No, ale Seth zawsze będzie miał mamę w pobliżu.
W ostatniej ławce słów księdza słuchała nabożnie przysadzista kobiecina o szpakowatych włosach, ubrana w zieloną, niemodną suknię.
– Taaa, samą prawdę mówi – mruknęła cichutko. – Najważniejsze w małżeństwie, to odpowiednio mieszać różdżką w kociołku.
Jej towarzysz, oparty o drewnianą kolumienkę, posłał jej ponure spojrzenie spod czarnych, posklejanych kosmyków.
– Puchoni...

majowa noc, 1979. Irlandia.

Młodzieniec imieniem Seth z ulgą zamknął drzwi do sypialni za sobą i swoją świeżo upieczoną żoną. Oczywiście, wszystko było cudowne. Ślub, taki radosny i słoneczny. Goście, rodzina i całkiem nieznajomi przyjaciele... Jedna pani tak miło życzyła im, aby na nowej drodze życia byli jak duża kępa imbiru. Właściwie, nie za bardzo wiedział, o co jej chodziło, ale niewątpliwie były to miłe życzenia. Nie dość, że duża, nie dość, że kępa, to jeszcze imbiru. Mniam. Ale taki właśnie wpływ na ludzi miały kazania ojca Evana. Tym niemniej – bardzo miłe. Ale dobrze, że już po wszystkim. I po weselu, tak. To, oczywiście, też cudowna sprawa. Obtańcować ciocie i kuzynki, pokibicować staremu Timowi i stryjkowi Flaherty’emu w piwnym pojedynku, wysłuchać żartów kumpli, naobiecywać ojcostwo chrzestne komu się dało...Tak, własne wesele to wspaniała rzecz. Tyle, że na takim przyjęciu rzetelny pan młody własną pannę młodą może co najwyżej w przelocie pogłaskać po tym ślicznym nosku. Na szczęście już po wszystkim. Oboje odtańczyli swoje, nakarmili się tortem, porozrzucali w tłum co tylko do porozrzucania mieli. Anna pomyślnie zaliczyła podarcie sukni na szczęście. I wreszcie młodsza część gości odprowadziła ich hałaśliwie do domu, entuzjastycznie kibicując wnoszeniu panny młodej przez próg, po czym nareszcie – nareszcie! – zostali sami. Ich noc poślubna... Można było się rozluźnić i spokojnie powpatrywać w Aneczkę, bez zakłóceń w postaci rozochoconych kumpli, zachwyconych wujenek i kufli piwa. Można było wziąć ją za rączkę. Powyjmować z włosów spinki i zbłąkane ziarnko ryżu. Spinki – sprzączki – guziczki...
Ich noc poślubna.

Ich noc poślubna. W cholerę chimery, już?! Że też nie dało się tego odwlec jeszcze odrobinkę! Szaleństwa na parkiecie z zionącymi piwem pociotkami i kumplami Setha tak miło utrzymywały ją w złudnym poczuciu nierzeczywistości. Wesele, radość, toasty, skrzypce stryjka Pata, wszystko tak błogo oderwane od brutalnej prawdy o życiu. Niestety – brutalna prawda o życiu ma to do siebie, że prędzej czy później trzeba się z nią zmierzyć. Ha. Żeby tylko! Perspektywa nocy poślubnej oznaczała, że przyszedł czas, aby z brutalną prawdą o życiu skonfrontować również Setha. Merlinie, chroń niewinnych. Chroń... Nie. Niestety. Okres ochronny niewinnych właśnie się zakończył.
– Seth.
– Tak, kochana... – wyszeptał uroczyście.
– Seth – powtórzyła nieco ostrzej. Zamrugał, zaskoczony.
– Jestem tu, kochanie – rzekł łagodnie. – Jesteśmy tu razem... Czy to nie wspaniałe?
– Super – przyznała. – Możemy porozmawiać?
Znowu zamrugał. Ajjjjj... Mamo... Merlinie... Mantikory mordo makabryczna... Cóż. Anna wiedziała przecież, że do tego dojdzie. Biorę sobie ciebie, Sethu, za męża. To musiało nastąpić. Rzeczywistość dopominała się o swoje prawo pierwszej nocy. Im prędzej będą mieć to za sobą, tym lepiej. Seth na pewno wolałby powpatrywać się jeszcze miłośnie w jej profil. Ale niestety małżeństwo nie opiera się na patrzeniu.
– Porozmawiajmy – zaczęła ostrożnie.
– Dobrze – zgodził się nieco tylko zdziwiony pan młody. – A o czym ?
Głęboki oddech.
– Ooo... Różdżkach i kociołkach?
– Hę? – zielone oczy Setha oprzytomniały nieco z mgiełki ekstatycznego szczęścia. Powoli zaczęło je wypełniać śmiertelne zdumienie. – Że... To znaczy... Chcesz... Co masz na myśli?!
Anna schowała ręce za plecami, usiłując nie załamywać ich zbyt demonstracyjnie.
– Wybacz, skarbie – przeprosiła drżącym głosem – ale naprawdę nie bardzo wiem, jak mam to ująć... Uwierz mi, dla mnie to też bardzo trudne. Nie chcę cię... zaszokować.
– Zaszokować?! – Okrzyk Setha wyrażał oburzenie, ale nawet każdy z jego piegów jawił się Annie jako niewinny, bezbronny i podatny na szok.
– Musimy przez to przebrnąć. Zatem, różdżki. Kociołki. Nic ci to nie mówi, oczywiście.
– Oczywiście, że mówi. Anno! Jesteśmy w Irlandii! Ta szkocka szkoła ci jakoś zaszkodziła, albo... no nie wiem. Różdżki i kociołki. Elfy i chochliki. Dolewają blekotu do piwa, tak. Jasna rzecz. Ale czy musimy to omawiać właśnie dziś?
Głębokie westchnienie.
– Są rzeczy, o których nie masz pojęcia... – rzekła tajemniczo Anna.
– Kochanie! – roześmiał się młodzieniec.
– Kochanie. – Że też to ja w tym związku muszę nosić różdżkę.
Ujęła to w dwa palce. Dwanaście cali, wierzba, serce smoka. Podobno to był ogniomiot...
– Sethu Finnigan. Czy masz choćby najbledsze pojęcie, co to jest?

*************

Merrrlinie, nie powinno się robić takich rzeczy uczciwym, irlandzkim Mugolom. A już na pewno nie w noc poślubną. Nie powinno się im mówić, że ich uczciwa, świeżo poślubiona irlandzka żoneczka nie jest takim eterycznym, lirycznym, romantycznym, rachitycznym elificzkiem, na jakiego wygląda. Że wręcz przeciwnie – jest ni mniej, ni więcej, tylko wiedźmą. Uzbrojoną w różdżkę, której zalety sięgały daleko poza przyziemne mieszanie w kociołku. Stanowczo nie powinno się stawiać uczciwych, irlandzkich Mugoli wobec takich faktów.
Zawsze o tym wiedziała.
Teraz wiedziała również, dlaczego.
– Zrób to jeszcze raz!!! – błagał Seth.
Głębokie westchnienie.
Wingardium Leviosa – wymruczała Anna. Wazon z kwiatami dostojnie wzniósł się w górę i zaczął powoli kiwać się – raz w jedną, raz w drugą stronę, to w tę, to w tamtą, i znowu... Seth Finnigan z oczami wielkimi jak spodki wpatrywał się w lewitujący dzban.
– A... a... – zaciął się.
– Jasne, skarbie. – Pokiwała cierpliwie głową i wycelowała różdżką w wazon. –Ignifer pictus.
Dookoła kwiatków zmaterializowała się ognista, różnokolorowa łuna na kształt miniaturowej zorzy polarnej. Po krótkiej chwili niezdecydowania zaczęła falować w jednym rytmie z kiwającym się dzbankiem.
– O jaaaaa – zaszeptał Seth. Wciąż wyglądał na wstrząśniętego, jednak na jego twarz powoli zaczynały wracać kolory.
Błagam, tylko nie proś o melodyjkę...
Zmierzwił rudą czuprynę tym swoim uroczym, roztargnionym gestem. Błyszczącymi oczyma wpatrywał się w oświetlony feerią kolorów, podrygujący wazon.
– Hmm... Więc, mówisz... A, dajmy na to, mogłabyś....
Głębokie westchnienie.
– Tak, skarbie?
Nasza noc poślubna...


Epilog
majowe popołudnie, 1979. Szkoła magii i czarodziejstwa Hogwart.


– Dziękuję, że poszedłeś z Pomoną, Severusie.
– Nie ma za co...
– Ależ jest! W twojej sytuacji...
Czarnowłosy młodzieniec nerwowo zacisnął palce na prawym przedramieniu, gdzie ukryty pod szatą czernił się Mroczny Znak.
– I tak niepotrzebna jej była... ochrona – mruknął. – Nikogo podejrzanego. Ci... Finniganowie... mogą sobie bezpiecznie mieszkać w Irlandii. I nie musi się pan martwić. Nikt niepowołany mnie nie widział. Moja misja pozostaje niezagrożona.
Dyrektor Hogwartu uśmiechnął się dobrotliwie.
– Pomona wspominała, z jakim zacięciem broniłeś bezpieczeństwa swojej misji... Jak to było? „Nie, nie wyjdę zza kolumny. Tam dalej jest już poświęcona ziemia, jeszcze mnie piorun porazi. Nie, nie pocałuję panny młodej. Jeszcze mnie... zarazi. Nie, nie, nie. Nie piłem dziś wywaru z szaleju.”
Młodzieniec uniósł brwi – na jego bladej twarzy pojawił się złośliwy uśmieszek.
– Przyganiał kociołek różdżce... Proszę w wolnej chwili zapytać panią proefsor, co jej zdaniem stanowi esencję małżeńskiego szczęścia.
– A co, co? – zainteresował się Dumbledore z psotnym uśmiechem. Severus wyprostował się i złożył ręce. Przebrał się już z mugolskich ubrań w czarną szatę i ze swoją wysoką, wychudzoną sylwetką przypominał jakiegoś mnicha – ascetę z dawnych wieków.
– Bo widzi pan, Dyrektorze – rzekł podniośle – z małżeństwem jest jak z eliksirem kalinowym. Musi zawrzeć w kociołku, ale i pogotować się na wolnym ogniu. Trzeba dodać cierpkiej kory kaliny, ale i słodki kwiat lipy. Pozostałe ingrediencje wyjątkowo pominę milczeniem. Ale wszystkie muszą ze sobą harmonizować, bo inaczej z eliksiru zrobi się jakiś wytwór typowy dla Pettigrew w szkolnych czasach.
Dyrektor uśmiechnął się pobłażliwie.
– I...?
– I nieważne, kto miesza różdżką eliksir w kociołku, póki obojgu tak samo smakuje.
– Ekhemmm... – stary czarodziej zakrztusił się nieco. Snape uniósł jedną brew.
– Widzę, że tok myślenia pana i pani profesor Sprout zmierza w tym samym kierunku... Ciekawe.
– Skrzywienie zawodowe, mój chłopcze! Trzeba być wyczulonym na szkodliwe treści! – obruszył się Dumbledore. – Pouczyłbyś parę lat w Hogwarcie, zobaczyłbyś.
Kolejny ironiczny uśmieszek.
– Ciekawe, czego miałbym tu nauczać...
– Eliksirów, oczywiście! – odparował natychmiast Dyrektor. Uśmieszek jakby o ćwierć tonu pocieplał.
– No tak... Przy tej praktyce, którą zdobywam... [i]tam[/i]... zostanę Mistrzem w błyskawicznym tempie.
– Pomyśl tylko: nauczałbyś mieszania różdżką w kociołku... – rzekł kusząco starzec.
– O niczym bardziej nie marzę – mruknął z przekąsem Severus. – Wystarczy spojrzeć mi w oczy, żeby wiedzieć, że to moje powołanie. Dyrektorze... Prawdziwe Eliksiry nie wymagają międlenia różdżką w kociołku. Potrafię uwarzyć doskonały eliksir nawet nie zbliżając do niego różdżki.
– O ho ho...
Severus zniżył głos.
– Potrafię uwarzyć perfekcyjny eliksir nawet nie muskając różdżką kociołka. Nawet nie dotykając różdżką. Och, mógłbym. Czasami... Oczywiście. A wtedy... Dyrektorze... Taki eliksir...
Dumbledore pokiwał głową.
– Wystarczy spojrzeć ci w oczy, żeby wiedzieć, że to twoje powołanie – stwierdził z przekonaniem. – Wiesz, zatrzymam dla ciebie ten etat.

KONIEC

Zdanie z Kanonu:
HP i KF:
Seamus Finnigan:
„Ja jestem pół na pół. Mama dopiero po ślubie powiedziała tacie, że jest czarownicą. Trochę to nim wstrząsnęło...”

HARRY POTTER I WĘŻOUSTE KAPŁANKI


HARRY POTTER I WĘŻOUSTE KAPŁANKI

Była noc.
Harry Potter przebudził się drżąc na całym ciele. Drżało nawet całe jego łóżko, różdżka na nocnym stoliku oraz klatka z rozwścieczoną i bliską dymisji Hedwigą.
To mogło oznaczać tylko jedno.
Lord Voldemort dokonał czegoś wyjątkowo, ale to wyjątkowo okropnego i Harry ujrzał ten czyn w sennej wizji.
Młody czarodziej zamrugał z lekkim zakłopotaniem. Miał w pamięci niejasne wizje wierzby bijącej, uskuteczniającej niezrozumiałe dlań wyczyny z kałamarnicą z jeziora. Raczej nie wyglądało to na akt zbrodni Czarnego Pana. Chociaż, jak się bliżej przyjrzeć...
Nie.
Nieee. Nawet Voldemort nie był tak amoralny.
Harry Potter zastanowił się.
Wciąż drżał. Razem z łóżkiem, różdżką i ptakiem.
To mogło oznaczać tylko jedno.
W pobliżu był Dementor...
Harry Potter poderwał się na równe nogi i chwycił różdżkę. Zanim jednak zdążył wezwać Patronusa, w jego pokoiku ukazały się trzy wysokie, zakapturzone postacie. To mogło oznaczać tylko jedno.
– Uau! Zjedliście Dursley’ów?! – ucieszył się Harry i z tej radości aż puścił z różdżki strzępek srebrzystej mgły. Na ten widok Dementorzy cofnęli się leciutko. Chłopiec przypomniał sobie wtedy o niezbędnej obronie.
Expecto patronum! – zawołał radośnie, wypełniony aż po rdzeń kręgowy wizją wycałowanych dementorycznie krewnych. Tuż przed nim pojawił się srebrzysty jeleń, potrząsając bojowo porożem.
– Haaa. Bierz ich, tato. A gdyby Dursley’owie się jeszcze ruszali, niech ich cmokną na pożegnanie.
Rogacz posłusznie zniżył łeb, jednak ku zdumieniu Harry’ego, Dementorzy nie próbowali uciekać. Przeciwnie – jeden z nich postąpił krok naprzód. I wtedy – chłopiec usłyszał Głosy. Był przez moment pewien, że się przesłyszał, bądź że słyszy głosy swoich rodziców – tyle, że spod kaptura dobiegł syk węża.
– Eee... Tato?! Czy ja czegoś nie wiem?!
Zakapturzona postać syczała uparcie i powoli do Harry’ego Pottera dotarło, że jest nie tylko wężousty, ale również wężouchy.
– Cco...
– Hhhhharry Potterze... Nie chcemy twojej krzywdy. Chcemy tylko porozmawiać. Masz nasze sssssssłowo, że nie będziemy atakować. Odwołaj ssssswojego ssstrażnika. Chcemy tylko porozmawiać.
Harry cofnął się o krok. Też coś. Wbrew panującej w niższych rejonach Hogwartu opinii, nie był całkiem pozbawiony rozsądku. Ale tak dawno nikt go nie odwiedzał... No, dobrze, nigdy nikt go nie odwiedzał. Zastanowił się. To brzmiało intrygująco.
– Ale ja zostaję na łóżku! – zastrzegł się natychmiast.
– Jak ssssobie życzysz...
Cofnął się na łóżko, okopał kołdrą i odwołał w końcu Patronusa. Zerkał podejrzliwie spod blizny, ale nic się nie stało. Z drugiego końca komnaty patrzyły na niego trzy czarne kaptury.
– Czego chcą ode mnie Dementorzy? – zagaił buńczucznie.
– Pojmać cię, dosssstarczyć do Czarnego Pana i kiedy pozwoli, wyssssssssssać...
– Aaa... Ale...
– Ale my nie jessssssteśmy Dementorami.
– O.
– Jessssteśmy Dementorynami.
– Aaa... – Harry powściągnął chęć pomyrchania się różdżką po bliźnie i skończenia z tym wszystkim raz na zawsze. Trzy kaptury skinęły zaś gorliwie.
– Wszyscy nassssssi mężczyźni zosssssstali sssssskuszeni przez Voldemorta i dołączyli do jego sssssstronników...
– Obiecał im sssssssanie...
– Wyssssssyssssssssanie...
– Przyssssssyssssanie...
– Dosssssyssssssanie...
– Zassssssysssssanie...
– A, kapuję! – zapewnił Potter. Kaptury skinęły.
– Odeszli od nassssss, porzucili nawet kult Charona Czarnego Płaszcza. A na to nie możemy pozwolić. Odzyssssskamy ich...
– Super...
– Ty nam w tym pomożesz, Harry Potterze.
– O?!
– Tobie jessssst przeznaczone pokonać Czarnego Pana. A my, Kapłanki Charona Czarnego Płaszcza, damy ci Moc, abyś mógł tego dokonać.
– O!
– Zbliż się do nassss, Harry Potterze, a damy ci Moc.
No, to brzmiało obiecująco.
Zeskoczył z łóżka i podszedł do Kapłanek. Trzy kaptury pochyliły się nad nim, sycząc tajemne inkantacje.
– Oooo....

Był ranek.
Harry Potter przebudził się, drżąc na całym ciele. Drżało nawet całe jego łóżko, różdżka na nocnym stoliku, Hedwiga w klatce i stojący nad nim z zawieszonym w pół gestu kijem bejzbolowym Dudley.
To mogło oznaczać tylko jedno.
Miał Moc.

– Mam Moc – tłumaczył zatroskanemu Dumbledore’owi, gdy w końcu dotarł do Hogwartu. Jego wuj i ciotka poruszyli niebo, ziemię i fundamenty Ministerstwa, by wreszcie dać całemu czarodziejskiemu światu do zrozumienia, że tolerowali tego odmieńca Pottera już nazbyt długo, a odmienionego odmieńca Pottera nie będą tolerować w ogóle. Harry, promieniujący Mocą, przebył wiele kominków i palenisk, zanim znalazł się bezpiecznie w gabinecie Dyrektora. Który, o dziwo, nie wydawał się zadowolony z nowiny.
– Ale wszystko będzie dobrze! – zapewnił go chłopiec. – Mam Moc. Pokonam Voldemorta. I wszyscy będą zadowoleni. Może on mniej, ale sam się prosił.
– Hmm...
– A nie?
– Tak, tak... Ale, kochany chłopcze... Niepokoją mnie te twoje nowe moce...
– Moc.
– Tym bardziej mnie ona niepokoi... Myślę, że zanim zaczniesz planować pokonanie Voldemorta, powinieneś lepiej ją opanować.
– Ależ ja świetnie nad nią panuję! – zapewnił Harry.
Dyrektor popatrzył wyczekująco.
Harry popatrzył z uśmiechem.
Cisza.
– Hmm...
– Sam pan widzi.
– Cóż, jednak...Wolałbym, żeby zajął się tym ktoś doświadczony. Pomoże ci się zorientować w tych mocach, i we wszystkim innym. Są wakacje, ma więcej czasu... Na pewno świetnie się dogadacie.
– Nie moce, a Moc. Kto to jest i dlaczego profesor Snape?
– Bo on się zna.
– Na Mocy?!
– Drogi chłopcze... Daj mu szansę. Severus ma w sobie głębię, o jaką nawet go nie podejrzewam.
– Panie Dyrektorze... Gdyby pan wiedział, o co ja go podejrzewam...

– A zatem – masz Moc. – Snape spojrzał na Pottera zaciskając wargi.
– Mam – odparł spokojnie Harry.
– I zamierzasz pokonać Voldemorta.
– O, tak. To właśnie zrobię. I wcale pana do tego nie potrzebuję.
– Tak, tak... Dyrektor i jego wspaniałe plany. Ale skoro już mam cię pod ręką... Zaczniemy od razu.
– Hę?!
– Potter. Nie jęcz. Jeszcze nic ci nie zrobiłem, żebyś jęczał.
– Jeszcze...
– Potter. Nie pyskuj mi. Masz Moc? A ja mam uprawnienia pedagogiczne.
– Też coś!
– Chcesz zmienić szkołę?
– Eee...
– Potter. Nie. Jęcz. To mnie rozprasza. Za moment będzie bolało.
– Aaaaale... Co pan robi?!
– Nauczam, Potter. Nauczam.

Kilka godzin później Harry osiągnął zadziwiającą jasność umysłu w kilku kwestiach. Po pierwsze, zawsze trzeba zważać na swego profesora, bo nigdy nie wiadomo, czego nas znienacka nauczy. Po drugie, zawsze trzeba zważać na swego profesora, bo nigdy nie wiadomo, jakie ma wobec nas podstępne plany. Po trzecie, dawanie się profesorom zahipnotyzować i porwać fatalnie wpływało na samopoczucie.
Może z tym ostatnim miał coś wspólnego fakt, że leżał oto związany w kabłąk pod stopami Voldemorta.
– Sssseverusie... Jessstem z ciebie bardzo zadowolony.
– Dzięki, Panie. Wszystko jak sobie życzyłeś.
– Dosssskonale... Możesz odejść.

Snape odszedł, nie zaszczycając zniewolonego chłopca ani jednym spojrzeniem. Harry pozostał sam na sam z Voldemortem.
– Harry Potterze... I po co się opierałeś? Teraz cię zabiję, a będzie to bolessssssna śmierć... Trzeba było mi ulec tam, na cmentarzu.
– Chodź tu bliżej, to już ja ci coś powiem o uległości! – zakrzyknął mężnie chłopiec. Voldemort roześmiał się złowieszczo.
– Nie mogę ssssssię doczekać...
Jednym ruchem różdżki wylewitował więźnia w powietrze, z twarzą na wysokości gadziej twarzy Czarnego Pana.
– Ależ mów...
– A ja wolę... Pokazać... – wyszemrał nieśmiało Harry.
– Hę?!
I wtedy – zrobił to.
Uwolnił Moc.
Moc Dementoryn, Wężoustych kapłanek Charona Czarnego Płaszcza.
Wytężył wszystkie siły i zdobył się na czyn, jakiego nie potrafiłby dokonać sam Godryk Gryffindor, zwany Gryfciem przez niektóre dziewczęta.
Pocałował Lorda Voldemorta.
Moc wypełniła go siłą Dementoryn – dusza Czarnego Pana ze zdumionym stęknięciem wypłynęła z ciała i została wessana w głąb Harry’ego. Choć nigdy by się do tego nie przyznał, w tym momencie chciałby upodobnić się do profesora Snape’a – choćby pod względem posiadanej we wnętrzu głębi. Stanowczo nie miał ochoty nosić duszy Voldemorta w kanalikach zębowych, a tej części planu jakoś nie zdążył przedyskutować z Dementorynami.
– Harry Potterze... Pozwól Mocy działać... Ssssssspokój... Ssssspokój... – dobiegło go z oddali. Były tu! Przyszły! Nie zostawiły go samego! Jeszcze moment i...
Koniec.
Ciało Lorda Voldemorta upadło w proch i pył ziemi, pozbawione duszy. Harry wisiał nad nim w powietrzu, wypełniony wszechogarniającą Mocą. Czuł, jak Moc ogarnia jęczącą duszę Czarnego Pana i tłamsi ją ostatecznie, gdzieś na wysokości jego żuchwy. Aż wreszcie – Moc wydostała się z niego i rozproszyła w powietrzu, szybując na wietrze do trzech niewidocznych w ciemności Dementoryn.
– Harry Potterze... Dziękujemy ci. Nasza rasssssa zawsze będzie pamiętać o twoim męsssssstwie.
Zdołał odwrócić głowę – dostrzegł kątem oka trzy kiwające z powagą kaptury.
– Ssssssuper...

– Jednak Gryfoni mają coś w sobie. Ja bym się go brzydził pocałować – oświadczył szarooki blondyn, z widocznym wstrętem zrzucając z siebie płaszcz z kapturem.
– Też coś... Ja bym i ciebie pocałował, gdybym musiał. – Z drugiego płaszcza wyplątywał się Mundungus Fletcher. Malfoy spojrzał na niego z paniką w oczach
– Nie całujcie się przy mnie z łaski swojej... – oznajmił z niesmakiem Severus Snape, odrzucając swój płaszcz. – I w ogóle zmieńcie temat. Ja go jeszcze muszę stamtąd odholować.
– Zawsze możesz powiedzieć, że zatrzymali cię Dementorzy...


KONIEC